Otwórz tę szufladę. Znasz to uczucie, kiedy tam zaglądasz? Leżą sobie cicho, samotne i kompletnie bezużyteczne. Nie czekają już na swojego partnera, który nagle wyskoczy spod pralki – to taki mały, codzienny dramat, który rozgrywa się w absolutnej ciszy, między składaniem a wkładaniem.
To nie chodzi tylko o bawełnę czy elastan. To raczej małe muzeum niedopatrzeń, miejsce, gdzie gromadzą się rzeczy, które straciły sens, swój drugi połów, ale wciąż są zbyt dobre, żeby je wyrzucić. Zawieszasz je w stanie oczekiwania, może z odrobiną nadziei, która dawno już wyparowała.
Dostrzegasz tę ironię? 🧦
Trzymamy niedopasowane elementy, choć nikt nie zakłada jednej skarpetki, prawda? A jednak zostają w szufladzie, bo… cóż, są całe. Nie chodzi o sentyment – chodzi o lenistwo, o środek tygodnia, o to, że czasem nie chce się z nimi walczyć.
Może gdzieś istnieje drobny duch domowy, specjalizujący się w kradzieży lewych skarpet w praniu, tworząc z nich swoją własną, dopasowaną kolekcję.
I co z tym zrobić?
Po prostu zaakceptuj tę szufladę. Staje się cichym pomnikiem porządku, który nie wyszedł, i par, które się rozeszły. Pogódź się z drobnym chaosem, z małym defektem w logice całego gospodarstwa. I wiesz co? To w porządku. Nie wszystko musi być kompletne, dopasowane i mieć sensowne zakończenie. Czasem po prostu jest, i już. Ty idź dalej – ze swoimi skarpetkami, z ich brakami, z tym całym domowym mikrokosmosem.

