Znasz to uczucie? Jest cała masa drobnych niedogodności, o których się nie gada, bo przecież to „nic takiego”. Tylko że nie da się ich zignorować. Jak ten mały, twardy syf w bucie, który wbija się w piętę dokładnie wtedy, gdy się spieszysz na spotkanie.
Wielkie dramaty mają przynajmniej jakąś logikę. Coś się wali, coś się kończy, coś trzeba poukładać od nowa. A te mikro-tragedie? Totalny bezsens. Niczego nie uczą, świata nie zmieniają. Po prostu są. I każą ci stanąć na środku dnia, zirytowanemu, z myślą: „no serio? teraz?”.
Takie kamyki w skarpetkach życia.
Można dorabiać do tego filozofię i mówić o cierpliwości. W praktyce chodzi o coś dużo prostszego. Nawet najlepszy dzień ma swoje szwy, a w nich zbiera się żwirek. Japończycy nazwaliby to „wabi-sabi”, ale my zwykle chcemy tylko wytrząsnąć but i iść dalej bez grymasu na twarzy.
I tu jest ten paradoks. Duże problemy często łatwiej ogarnąć. Najtrudniejsze są te małe, upierdliwe dyskomforty, które same w sobie niczego nie rozwalają, ale potrafią zepsuć całe popołudnie. Fundamentów nie ruszą, za to co chwilę pukają: „hej, jestem tu”.
Więc czasem najlepiej po prostu się zatrzymać. Serio. Zdjąć but. Wywinąć skarpetę. Sprawdzić, co tak naprawdę uwiera. Często okazuje się, że to tylko zbita nitka i po sprawie.
A jeśli nie… to przynajmniej wiesz, z czym się mierzysz. I to już jest jakaś ulga.

